|
Osobiste historyka dywagacje...
na temat zamierzchłej przeszłości okolic Kościelisk w kontekście przeszłości ziemi oleskiej i Śląska.
Rejon Kościelisk to obszar północno wschodni ziemi oleskiej. Rzut oka na topografię
w kontekście historycznym i porównanie jej z efektami przeprowadzonych wykopalisk świadczy, że w zamierzchłych czasach życie społeczne istniało w pradolinach, lub na wzniesieniach naturalnych. Dowodem tego
są odkrycia oleskiego archeologa mgra. Wojciecha Łonaka na Walcach w Oleśnie oraz na polu Konrada Deji w Kościeliskach. Wniosek jaki się nasuwa, to po części udowodnione przypuszczenie, że w czasach
neolitycznych, a z pewnością już w okresie rozpowszechnienia kultury wczesnego brązu, tj. około 1550 r. p.n.e., a potem żelaza na przełomie IX i VIII w. pne., funkcjonowało życie ludzkie w okolicach
dzisiejszych wsi Walce, Grodzisko, Skrońsko, Sternalice, Kościeliska, a być może też w okolicach Bodzanowic, Borek i Kucobów. Daty te synchronizują się z pojawieniem się Etrusków w Italii. Dali oni
początek państwowości rzymskiej, mimo że przez Latynów byli znienawidzeni. Być może na naszych ziemiach początek osiadłemu trybowi życia dały ludy kultury unietyckiej, na podłożu której powstała
kultura przedłużycka, a ta dała początek kulturze łużyckiej rozpowszechnionej na Śląsku a więc i na ziemi oleskiej.
Dowodem na to są elementy kultury materialnej odnalezione w wymienionych wykopaliskach.
Wydaje się, że głazy znajdujące się w lasach między Kościeliskami, Ligotą Oleską, Biskupicami i Wolęcinem, miały związek z wymienionymi kulturami związanymi z kultem słońca. Głazy mogły pełnić
rolę ołtarzy ofiarnych, lub kurhanów. Należy pamiętać, że dawniej lasów tych nie było - na ich miejscu były pastwiska. Jak wiadomo, kultura łużycka wyodrębniła się na przełomie Xlll/XII w. p.n.e. W
ramach kultury łużyckiej wyłoniła się grupa śląska, której ślady odnaleziono też na ziemi oleskiej. Znakami rozpoznawczymi jest ceramika posiadająca guzy wyciskane od wewnątrz, co dawało naczyniu
widzianemu z góry kształt - w formie wielobocznej. Znajdujemy tu również początki metalurgii.
Z tych dywagacji wynikałoby, że życie społeczne na ziemi oleskiej, a w tym też w
okolicach Kościelisk, toczyło się już ok. 3000 lat temu. Tereny na których znaleziono elementy materialne zamieszkałych tu ludów kultury łużyckiej, nadawały się do budowania grodów otoczonych wałami
drewniano-ziemnymi. Uważam, że taki gród mógł istnieć w Grodzisku i Kościeliskach. Zahamowanie rozwoju śląskiej kultury łużyckiej zostało spowodowane najazdem ludów scytotrackich. Na temat
przynależności etnicznej ludności kultury łużyckiej istnieją różne poglądy. Archeolodzy polscy J. Kostrzewski i K. Jażdżewski łączą kulturę łużycką z Prasłowianami, inni z Ilirami czy
Italo-Celtami, zwanymi też Wenedami. Uważa się powszechnie, że kultura łużycka została zniszczona najazdem indoeuropejskich Scytów, którzy byli twórcami dość wysoko postawionej kultury.
Między innymi w wyniku zmian klimatycznych ludy pomorskie przesunęły się na
południe rozpowszechniając swoją kulturę zwaną pomorską, zastąpioną w II w. p.n.e. na Śląsku kulturą przeworską, której bazą była właśnie kultura pomorska. Jej ślady na ziemi oleskiej odnalazł w
Kościeliskach i na Walcach mgr W. Łonak.
Prawdopodobnie w II w. p.n.e. ludy kultury przeworskiej nawiązały kontakt z wysoko
postawionymi kulturowo, zachodnioeuropejskimi Celtami. Ludy kultury przeworskiej stary się w wyniku skomplikowanych przemian jedną z grup protogermańskich na Śląsku. Celtowie kontrolowali handel bursztynem, a
wszystko wskazuje na to, że szlak bursztynowy prowadził z Rzymu przez Bramę Morawską, Olesno, tereny na płn. Kościelisk w kierunku Prosny, prawdopodobnie Rudnik, Wielunia do Kalisza.
Na przełomie II i III w. n.e. ma miejsce wyjście ludów germańskich poza swoje
granice, a w 375 r. pojawili się w Europie azjatyccy Hunowie, doprowadzając swoim dzikim zachowaniem do procesu zwanego “wędrówką ludów". Na naszych ziemiach okres tego najazdu wiąże się z tzw.
okresem wpływów rzymskich mającym początek w połowie IV w. n.e. Z tym okresem wiąże się najprawdopodobniej historia krótkiego miecza rzymskiego, znalezionego przed wojną przez rolników z Kościelisk na
domniemanym przeze mnie szlaku bursztynowym, tj. na łąkach między Kościeliskami a Jastrzygowicami. Został on zdeponowany przez władze niemieckie w muzeum w Bytomiu. Odkrywcy, państwo Jonietz otrzymali odlew
miecza, a zdjęcie tej broni umieszczono w gazecie. Jeden egzemplarz jest w posiadaniu znawcy historii Śląska Engelberta Brysia. Według mnie na podstawie poszlakowych dowodów można pokusić się o tezę, że
szlak bursztynowy przebiegał przez tereny skrońsko-jastrzygowsko-kościeliskie.
Wędrówki ludów spowodowały ostateczne przemieszczanie się ludów oraz wzajemne ich
nawarstwienie się, co spowodowało powolne wykształcenie się nowych społeczności etnicznych, charakterystycznych dla wczesnego średniowiecza. Obecne społeczeństwo śląskie to według mnie epigoni efektu
wymieszania się ludów kultury łużyckiej, przeworskiej, jako protoger-mańskiej na Śląsku, celtyckiej i słowiańskiej. Dalszego szlifu etnicznego otrzymała społeczność Śląska w średniowieczu i okresach
historycznych sięgających lat 40. XX wieku. Jest to jednak temat na inne dywagacje. Inna rzecz, że społeczność Śląska, która jest wynikiem zdarzeń historycznych, przemian społecznych, gospodarczych i
politycznych, mimo swoich wspólnych korzeni, z różnych powodów reprezentuje tendencje proniemieckie, prapolskie i autonomiczno-śląskie.
mgr Bronislaw Joachim Kubik
|
|
Oświata w Kościeliskach po II wojnie światowej
Kościeliska, jak i Olesno do 1945 r. wchodziły w skład państwa niemieckiego. Do tego
momentu, tj. do stycznia tegoż roku, obowiązywał niemiecki system oświatowy, który był niewątpliwie bardzo skuteczny, ponieważ nawet Ślązacy o orientacji propolskiej osiągali niezłe wyniki w nauce
języka niemieckiego. Po wkroczeniu wojsk radzieckich do Kościelisk i Olesna, władza w krótkim czasie została przekazana w ręce Polaków, w większości napływowych, a potem też repatriantów i kombatantów.
Wyjątkiem był starosta oleski Ludwik Affa. Miejscowym o orientacji propolskiej nie ufano - uważano ich za przefarbowanych Niemców - w niektórych wypadkach nie odbiegało to wiele od prawdy.
Zaistniał problem wychowania miejscowej ludności w duchu polskim -konieczna więc
stała się repolonizacja. Kościelanie w zasadzie w większości posługiwali się narzeczem śląskim, lecz nie był to oczekiwany literacki język polski. Zresztą, sami napływowi Polacy w większości również
nie posługiwali się takowym. Jeszcze dzisiaj traktuje się miejscowych, posługujących się narzeczem śląskim, lub śląskim z naleciałościami niemieckimi z ironią, pogardliwie, a nawet jak intruzów,
doprowadzając do tego, że część młodzieży wstydzi się publicznie posługiwać narzeczem śląskim. Śmieszy, gdy się posłucha wymowy polskiej niektórych napływowych, a nawet urzędników, czy nauczycieli
- można się momentalnie zorientować skąd pochodzą. Ich język daleki jest od języka literackiego. Przykładem jest wymowa wyrażeń np. ”idy” (idę), "śpiy” (śpię), ”wchdzy” (wchodzę),
”widzy (widzę), ”lecy” (lecę) itd. W Krzepicach poznają nas po zachowaniu, a nie tylko po wymowie, określając nas ”to są Ci od łónych”. Nadmieniam jednak, że nie są to określenia
złośliwe. Najśmieszniejsze jednak jest to, że dzieci repolonizatorów z kierunku wieluńskiego nie studiują w Łodzi, a bardzo często w Opolu.
W latach 1945-50 do Kościelisk przybyło stosunkowo niewielu napływowych z byłej
Kongresówki czy też repatriantów. Ich skupiskiem był utworzony z poniemieckiej włości państwowej PGR, prezydium GRN oraz oczywiście szkoła. Została ona umiejscowiona w budynkach szkoły poniemieckiej, w
których dziś znajdują się mieszkania komunalne i przedszkole. Wczesnym latem 1945 r. - prawdopodobnie w maju lub czerwcu do Kościelisk na podstawie nakazu skierowano do pracy w szkole pierwszego jej kierownika,
Edwarda Gawrońskiego oraz jego żonę Hildegardę. Półtora roku później dołączyła wschodniaczka, wdowa Olga Haławin (później Dziewońska, żyjąca do dziś w Wieliczce) - świetna nauczycielka, która
uczyła mnie w I-IV klasie.
Kierownika szkoły, pana Gawrońskiego osadzono wraz z rodziną w części głównego
budynku szkoły, a panią Haławin w budynku sąsiednim, gdzie uczyła najmłodszych. Sprzęt szkolny był poniemiecki i stosunkowo skromny. Pan Gawroński był jednak świetnym organizatorem oraz bardzo
utalentowanym nauczycielem przedmiotów przyrodniczych i artystycznych. Grał pokazowo na wielu instrumentach, potrafił komponować i kierować całym zespołem muzycznym i chórem jednocześnie. Świetnie malował
i potrafił wielu zarazić tą pasją. Na co dzień w sposób wzorowy łączył teorię z praktyką. Pod jego kierunkiem nauczyciele pracowali jak mrówki - nie było dla nich ”zmiłuj się”.
Najważniejszy dla niego był uczeń i szkoła. Jako zamiłowany przyrodnik nauczył nas hodowli rybek, kwiaciarstwa, hodowli jedwabników i różnych kunsztów dotychczas u nas nieznanych lub mało znanych.
Pierwsi uczniowie w murach naszej starej szkoły nie należeli zapewne do łatwych w
wychowaniu. Wojna i zmiana stosunków społecznych na wsi zrobiły swoje. Mimo wprowadzenia przedwojennej dyscypliny w szkole i poza nią miały miejsce różne ”numery" np. jeden z "przestarzałych”
uczniów dostał na urodziny od starszego brata w prezencie fajkę i odważył się bezmyślnie zapalić ją na lekcji.
Oczywiście, wieś w jakiś sposób pomogła zagospodarować się pedagogom, za co oni
się wielokroć odwdzięczyli. Pan Gawroński hodował pszczoły, osiągając doskonałe wyniki. Miodu pitnego z jego pasieki próbował też autor tego artykułu. Jego matka - jak wszyscy na wsi -hodowała
świniaki i krowę oraz masę drobiu, mając szczególną rękę do indyków i perliczek. Pan kierownik posadził wokół szkoły i swego mieszkania liczne drzewa owocowe, z których niektóre przeżyły do dziś.
Drzewka te wkrótce zaczęły owocować ku uciesze dzieciarni.
Powoli sytuacja ustrojowa, polityczna narodowościowa i społeczna zaczęła się
normalizować. W szkole na polecenie władz powiatowych przeprowadzono kursy repolonizacyjne, które po prawdzie były fikcją. W latach 50. władze państwowe postanowiły zlikwidować analfabetyzm, który
osiągnął w Polsce zatrważające rozmiary. Obawiano się, by edukacja dla wielu biednych nic skończyła się na 6. klasie lub wcześniej. Konstytucja marcowa 1921 r. również gwarantowała dzieciom prawo do
nauki, a jaki był rezultat? Na Śląsku analfabetyzm nie występował, ponieważ Niemcy w interesie własnym byli zainteresowali wykształceniem całej społeczności śląskiej. Przy okazji kursów
repolonizacyjnych, antyanalfabetycznych, organizowano kursy zawodowe, przyznając kwalifikacje głównie rolnicze. Przy okazji egzaminów końcowych, w których szkoła chciała uzyskać jak najlepsze rezultaty,
miały miejsce bardzo zabawne historie, np. jeden z kursantów odpowiedział, że ryba oddycha narządem płciowym, co doprowadziło kierownika do pasji, a przedstawiciela Inspektoratu Oświaty - jowialnego
Pana Ligendzę do wybuchu śmiechu. Kursy dały jednak pomyślne rezultaty - wielu dzisiejszych rolników urodzonych w latach 40. i 50. ukończyło kursy Przysposobienia Rolniczego, lub SPR-u i nie muszą się
swoich osiągnięć zawodowych wstydzić. Wielu robotników rolnych naszego PGR uzyskało świadectwo ukończenia szkoły podstawowej i zawód rolnika, czego w przedwojennej Polsce nigdy by nie uzyskali.
Kierownik szkoły na swój sposób rozpoczął nawiązywanie współpracy ze wsią i
pomnażanie dobytku szkoły. Pierwszym poważnym osiągnięciem był zakup instrumentów muzycznych (mandoliny, mandole, gitary, skrzypce, fisharmonia, akordeony, pianino, kontrabas i bęben). Zorganizował
dziecięcy zespół muzyczny i chór. Wszystko to było wykonywane społecznie, bez żadnych marzeń o zapłacie. Wtedy byli jeszcze społecznicy z prawdziwego zdarzenia. Nasza demokracja oraz ubóstwianie
pieniądza skutecznie ten trend zdusiły. Do naszej szkoły na próby przyjeżdżały wraz z opiekunem ma rowerach lub przychodziły pieszo dzieci z Biskupic i Skrońska, roczniki 40. i młodsze. Warunki lokalowe
nie należały do najciekawszych, ale było czyściutko i lśniąco. O to pan kierownik dbał do przesady. Mimo tych warunków, absolwenci szkoły zostali wytrawnymi fachowcami, a po części wysoko
wykwalifikowanymi i wykształconymi ludźmi.
Poprzednio pisałem o latach 40. i 50., wspominając między innymi ówczesnego
kierownika szkoły, Edwarda Gawrońskiego. Po nim dyrektorem został Franciszek Prochota, a przy jego boku stawili się nauczyciele: Helena Kwiecińska, Jan Szyszka, Irena Socha, Barbara Łyńska, Grażyna Nowak.
Ówczesna historia szkoły była zróżnicowana. Po przejściu Franciszka Prochoty na
emeryturę na krótko zastąpił go Jan Szyszka. Po nim już niepodzielnie do dziś szkołą rządzi pani Helena Kwiecińska, a uczą: Jan Szyszka, Zofia Soberka, Zofia Kostorz, Halina Górnicka (już emerytka),
Maria i Ryszard Knysakowie, Teresa Porada, Zbigniew Sosin i Robert Morawski.
Należy wrócić do historii lat 50. i nadmienić, że szeregi nauczycielskie jedyny raz
zasiliła rodowita Ślązaczka rodem ze Skrońska - Otylia Fronczek. Do szkoły sprowadzono polonistkę z Praszki - Teresę Zawadzką i matematyczkę Cecylię Bielak (obecnie Smerd), które długo i skutecznie
nauczały i wychowywały. Sprawy osobiste spowodowały, że zmieniły one miejsce pracy i zamieszkania. Do szkoły przybyły nowe siły pedagogiczne: polonistka Elżbieta Krakowiak (obecnie Gawrońska), wuefistka
Janina Kałwak (obecnie Owczarek), Helena Wrześniak (obecnie Kwiecińska) Teresa Kałwak (obecnie Parkitna) oraz Maria Jaroń. W obecnej tysiąclatce urządzono klaso-pracownie, wf odbywał się pod kierunkiem pana
Zajączkowskiego na sali gimnastycznej (był też zawodnikiem LZS Kościeliska). Szkoła posiadała własnoręcznie przez uczniów wykonane boisko do szczypiorniaka, bieżnię i skocznię. Bardzo bogato wyposażona
pracownia prac ręcznych była prowadzona i pilnowana jak oczko w głowie przez kierownika Gawrońskiego. Nie piłowaliśmy jakichś śmiesznych modeli, a zbijaliśmy inspekty, pletli maty słomiane, sadziliśmy
własnym sumptem wyhodowane kwiaty, drzewka, zbudowaliśmy basenik z bogatą florą i fauną. W wakacje mieliśmy dyżury, by nic się nie zniszczyło, a jednocześnie czuliśmy się współgospodarzami szkoły.
Były przecież kwiatki, rybki, rabaty, trawniki ...
Cały sprzęt muzyczny (oczywiście wzbogacany ilościowo i jakościowo) był używany w
działalności artystycznej szkoły i młodzieży. Niestety, do dnia dzisiejszego nie pozostało prawie nic. W aktualnej sytuacji młodzieży zostały: bar, ulica i dyskoteka, która jest przykładem powszechnego
obecnie globalizmu. Na szczęście są jeszcze ladzie, którzy mają zamiar ten marazm przerwać - należy mieć nadzieję, że uzyskają wsparcie i poparcie władz, którym jak na razie nie w głowie takie
sprawy jak młodzież.
Osobiście - mimo że jestem Ślązakiem i dobrze przygotowanym i wykształconym
nauczycielem - nigdy nie miałem szans, aby dostać pracę w środowisku, które znam jak własną kieszeń i w którym osoba zaradna mogłaby zdziałać cuda. Byłem i jestem niewątpliwie osobą bezkompromisową i
trudną. Wychodzę z założenia, że nie mam nic do zyskania (prócz uznania) ani stracenia. Był moment, że o mało bym w 1973 r. wylądował w SP Kościeliska, ale ze względu na moje studia zaistniała obawa
miejscowych szkolnych prominentnych o stołek. Nigdy w życiu nie zabiegałem o funkcję szkolną, ponieważ uważam, że każda władza deprawuje (o czym możemy się na co dzień przekonać), a ja nie chcę być
zdeprawowany. Mój komfort polega na tym, że mam wspaniałe wspomnienia szkolne. Zawsze najbardziej zależało mi na uśmiechu i zadowoleniu ucznia. Do dziś wielu moich uczniów, którzy bardzo dawno skończyli
szkołę i niejednokrotnie zajmują poważne stanowiska, poznają mnie z daleka, a niektórzy tylko się kłaniają. Uważam, że chyba żaden uczeń nie nosi do mnie urazy. Dlatego też jestem taki, jaki jestem i
inny już nie będę.
mgr Bronisław Joachim Kubik
|